Na Mount Everest do połowy 2026 roku życie straciło około 344 osób. Ta liczba pochodzi z najbardziej kompletnego rejestru Himalayan Database i obejmuje wszystkie trasy oraz zarówno klientów komercyjnych wypraw, jak i nepalskich Szerpów pracujących na wysokości. Każdy przypadek to nie tylko statystyka, lecz dramat konkretnej rodziny, przerwana wyprawa i ciało, które często pozostaje na zawsze w lodzie lub śniegu.
Główne przyczyny zgonów to lawiny, upadki oraz ostra choroba wysokościowa, ale za suchymi liczbami kryją się ludzkie historie – od burz, które zaskoczyły doświadczonych alpinistów w 1996 roku, po rekordowo tragiczny sezon 2023, kiedy zginęło 18 osób. Mimo że absolutna liczba ofiar rośnie wraz z popularnością komercyjnych wypraw, znormalizowana śmiertelność na próbę szczytu systematycznie spada dzięki lepszym prognozom pogody, butlom z tlenem i stałym linom.
Everest nie jest najniebezpieczniejszym ośmiotysięcznikiem pod względem procentowego ryzyka, jednak przyciąga najwięcej śmiałków, przez co staje się górą z największą liczbą potwierdzonych ofiar w historii alpinizmu.
Od pierwszych prób do ery komercyjnych wypraw
Pierwsze śmiertelne wypadki na Evereście zdarzyły się już w latach dwudziestych XX wieku, gdy brytyjskie ekspedycje sondowały północną stronę z Tybetu. W 1922 roku lawina porwała siedmiu Szerpów i jednego alpinistę – to był pierwszy zapisany zbiorowy dramat. Kolejne dekady przynosiły pojedyncze tragedie, ale prawdziwy przełom nastąpił po pierwszym wejściu na szczyt w 1953 roku przez Edmunda Hillary’ego i Tenzinga Norgaya.
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to era wypraw narodowych i wojskowych. W 1989 roku polska ekspedycja straciła pięciu alpinistów – czterech zginęło w jednej lawinie na północnej ścianie, piąty zmarł następnego dnia od obrażeń. To jedna z najczarniejszych kart polskiego himalaizmu na Evereście.
Lata dziewięćdziesiąte przyniosły rewolucję: komercyjne agencje zaczęły oferować płatne wejścia zwykłym, zamożnym klientom. W 1996 roku podczas jednej burzy zginęło osiem osób, w tym dwóch słynnych przewodników – Rob Hall i Scott Fischer. Książka „Into Thin Air” Jona Krakauera uczyniła tę tragedię symbolem zarówno heroizmu, jak i pychy człowieka wobec góry.
Anatomia śmierci – co naprawdę zabija na Evereście
Z danych Himalayan Database na koniec 2025 roku (339 zgonów) wynika jasny obraz przyczyn. Najwięcej ofiar pochłaniają lawiny i upadki, a potem choroba wysokościowa oraz wyczerpanie.
| Przyczyna zgonu | Liczba ofiar | Główne trasy |
|---|---|---|
| Lawina | 79 | Głównie południowa strona (Southeast Ridge) |
| Upadek | 78 | Równo rozłożone na obu stronach |
| Ostra choroba wysokościowa (AMS/HACE/HAPE) | 48 | Najwięcej na południowej trasie |
| Wyczerpanie | 32 | Często podczas zejścia ze szczytu |
| Choroba (niezwiązana z wysokością) | 27 | Różne wysokości |
| Wyziębienie i odmrożenia | 26 | Death Zone |
| Zawalenie się lodospadu Khumbu | 19 | Tylko południowa strona |
Te siedem przyczyn odpowiada za ponad 70% wszystkich zgonów. Reszta to wypadki w szczelinach, spadające skały lub po prostu zniknięcia bez śladu.
W strefie śmierci powyżej 8000 metrów organizm przestaje się regenerować. Mózg puchnie, płuca wypełnia płyn, a zmęczenie sprawia, że nawet prosta decyzja – „zejdź teraz” – staje się niemożliwa do podjęcia. Wielu alpinistów umiera podczas schodzenia, gdy euforia zejścia ze szczytu miesza się z dramatycznym spadkiem sił.
Najtragiczniejsze sezony i pojedyncze dramaty
Rok 1996 zapisał się jako symbol komercyjnego Everestu – osiem ofiar w jednej burzy. Rok 2014 przyniósł lawinę w lodospadzie Khumbu, która zabiła szesnastu nepalskich Szerpów przygotowujących trasę dla klientów. To była największa pojedyncza tragedia wśród lokalnych pracowników.
W 2023 roku zginęło aż 18 osób – najwięcej w historii jednego sezonu. Przyczyną były głównie tłok na linach w strefie śmierci, późne zejścia ze szczytu i nagłe załamanie pogody. Sezon 2026 okazał się spokojniejszy – potwierdzono pięć ofiar, w tym trzech nepalskich pracowników górskich i dwóch indyjskich alpinistów. Jedna osoba nadal jest uznawana za zaginioną.
Te liczby pokazują, że nawet przy setkach udanych wejść w jednym sezonie góra potrafi w ciągu kilku godzin zmienić się w śmiertelną pułapkę.
Ciała, które zostały na zawsze
Ponad dwieście ciał wciąż spoczywa na Evereście. Niektóre stały się ponurymi punktami orientacyjnymi – „Green Boots” (prawdopodobnie indyjski policjant Tsewang Paljor z 1996 roku) przez lata leżał przy północnej trasie, aż chińska wyprawa przesunęła go w 2014 roku. „Sleeping Beauty” – Francys Arsentiev, Amerykanka, która zdobyła szczyt w 1998 roku bez dodatkowego tlenu i zmarła podczas zejścia – również przez lata była widoczna dla mijających ją alpinistów.
Dlaczego tyle ciał pozostaje? Sprowadzenie zwłok z wysokości powyżej 8000 metrów jest ekstremalnie niebezpieczne i kosztowne. Czasem rodziny proszą, by zostawić bliskich w miejscu, które pokochali. W ostatnich latach kilka ciał jednak usunięto – zarówno ze względów etycznych, jak i po to, by oczyścić szlak z makabrycznych „landmarków”.
Szerpowie – największe ofiary i filary całego przedsięwzięcia
Choć stanowią około 39% wszystkich ofiar, Szerpowie wykonują najniebezpieczniejszą pracę: wielokrotnie przechodzą przez lodospad Khumbu, niosą ciężki sprzęt i przygotowują trasy. Ich ryzyko na niższych partiach góry jest znacznie wyższe niż klientów, którzy często korzystają z tlenu dopiero powyżej Camp 3.
Dla wielu rodzin z doliny Khumbu praca na Evereście to główne źródło dochodu. Jednocześnie co roku ktoś z ich społeczności nie wraca do domu. To napięcie między ekonomiczną koniecznością a realnym zagrożeniem życia towarzyszy nepalskiemu himalaizmowi od dekad.
Czy Everest robi się bezpieczniejszy?
Paradoksalnie tak. Znormalizowana śmiertelność spadła z około 1,8% w XX wieku do poniżej 1% w ostatnich dwóch dekadach. Lepsze prognozy pogody pozwalają wybierać wąskie okna, stałe liny i doświadczony guiding zmniejszają liczbę błędów, a butle z tlenem ratują życie w strefie śmierci.
Jednocześnie absolutna liczba ofiar rośnie, bo rośnie liczba prób. Tłok na szczytowych linach w 2023 roku pokazał, że komercjalizacja ma swoją ciemną stronę – gdy setki osób wchodzi w tym samym okienku pogodowym, nawet drobne opóźnienie może skończyć się tragedią.
Co liczby mówią o ludzkiej ambicji
Mount Everest pochłonął już ponad 344 życia, a mimo to co roku tysiące ludzi płacą dziesiątki tysięcy dolarów za szansę stanięcia na dachu świata. Niektórzy wracają z szacunkiem do góry i do tych, którzy zostali na zawsze w lodzie. Inni traktują wyprawę jak ekstremalny produkt turystyczny.
Góra nie wybacza ani braku doświadczenia, ani nadmiernej pewności siebie. Każda śmierć na Evereście to przypomnienie, że nawet najdoskonalszy sprzęt i najlepsze prognozy nie zastąpią pokory wobec sił natury. Liczba 344 to nie tylko statystyka – to setki przerwanych historii, które wciąż unoszą się w разреżonej atmosferze najwyższej góry Ziemi.