Dawne sklepy w Polsce to fascynująca opowieść o trzech zupełnie różnych światach: kupieckiej elegancji II Rzeczypospolitej z drewnianymi ladami i mosiężnymi wagami, monumentalnych domach towarowych okresu PRL, gdzie po krem Nivea stało się w kolejce od piątej rano, oraz osiedlowych pawilonów lat 90., które rozsadziła dopiero ekspansja zagranicznych sieci.
Najważniejsze postacie tego krajobrazu to sklepy kolonialne handlujące kawą i przyprawami z całego świata, legendarny Dom Towarowy Braci Jabłkowskich porównywany z paryskimi galeriami, sieć Społem ze swoim charakterystycznym niebieskim logotypem, gminne spółdzielnie „Samopomoc Chłopska” na wsiach oraz Pewex i Baltona — okna na Zachód otwierane wyłącznie za dolary i bony.
Choć większość tych miejsc zniknęła pod naporem hipermarketów, ich aromat — mieszanina pasty BHP, świeżej bułki, oranżady w proszku i wilgotnego papieru pakowego — wciąż mocno tkwi w pamięci całego pokolenia Polaków.
Korzenie polskiego handlu — od kramów do sklepów kolonialnych
Zanim na polskich ulicach pojawiły się neony, oświetlone witryny i kasy fiskalne, handel toczył się głównie na rynkach i w niewielkich kramach. Drewniana lada, beczka z kiszoną kapustą, sznurki suszonych grzybów pod sufitem — tak wyglądał typowy sklep w polskim miasteczku przełomu XIX i XX wieku. Kupiec znał klienta po imieniu, kredytował w razie potrzeby i pamiętał, że pani Helena nie znosi tłustego mleka.
Najciekawszym fenomenem tamtej epoki były sklepy kolonialne. Ich nazwa wzięła się od artykułów sprowadzanych z odległych zakątków świata — kawy z Brazylii, kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej, ryżu, przypraw, cytrusów, herbat z Cejlonu i Chin. Choć Polska nigdy nie posiadała własnych kolonii (choć międzywojenna Liga Morska i Kolonialna marzyła o nich gorączkowo), to nazewnictwo handlowe płynęło rzekami z Niemiec, Austrii i Francji. W mniejszych miejscowościach asortyment bywał zaskakująco hybrydowy: u jednego kupca dało się dostać równocześnie tabakę, węgiel, paszę dla zwierząt i czekoladę w sztabkach.
Po I wojnie światowej polskie kupiectwo przeżyło prawdziwy renesans. W II Rzeczypospolitej liczba sklepów rosła z roku na rok, a właściciele konkurowali ze sobą reklamami w prasie, witrynami i jakością obsługi. Klient wchodził, zdejmował kapelusz, pytał o panią ekspedientkę po nazwisku — handel był rytuałem, niemal towarzyskim zdarzeniem.
Bracia Jabłkowscy — polski Harrods przy Brackiej
Mówiąc o handlu w międzywojniu, nie sposób pominąć absolutnego diamentu w koronie polskiego kupiectwa. Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy przy ulicy Brackiej 25 w Warszawie został wzniesiony w latach 1913–1914 według projektu Karola Jankowskiego i Franciszka Lilpopa, a oficjalnie rozpoczął działalność 7 listopada 1914 roku. To była konstrukcja na miarę Berlina czy Paryża: sześć pięter, ogromna szklana świetlica, własne windy, pneumatyczna poczta wewnętrzna, kawiarnia na tarasie z widokiem na miasto.
Nazwa może mylić — to nie był interes dwóch braci. Towarzystwo Braci Jabłkowskich zostało założone w wigilijną noc 1880 roku przez dziewięcioro rodzeństwa, a początki sięgają drobnego sklepiku Anieli Jabłkowskiej z artykułami piśmienniczymi. Spółka stosowała rozwiązania, które dziś nazwalibyśmy nowoczesnym retailem: zamawiała towar bezpośrednio u producentów, eliminowała pośredników, prowadziła sprzedaż wysyłkową, wydawała katalogi. W rekordowym momencie zatrudniała 650 osób na Brackiej i 120 w filii wileńskiej.
Po II wojnie światowej władze komunistyczne nałożyły na firmę gigantyczny domiar podatkowy za rzekome „wzbogacenie wojenne”, co doprowadziło do upadku przedsiębiorstwa w 1951 roku. W 1965 roku spółkę formalnie wykreślono z rejestru handlowego, a w gmachu działał najpierw Centralny Dom Dziecka, a później Dom Obuwia.
Budynek przetrwał. Dziś, po renowacji, znów pełni funkcje handlowe, choć dawnej kawiarni na dachu i tłumu eleganckich pań w kapeluszach już tam nie zobaczysz. Źródła: portale Histmag i Polskie Radio 24.
Handel w PRL — kolejki, kartki i talony
Nadeszły lata pięćdziesiąte i polski handel zmienił się nie do poznania. Państwo, idąc za sowieckim wzorcem, „wygrało bitwę o handel” — czyli zlikwidowało prywatną własność sklepów. Ten zwrot miał konsekwencje, które ciągnęły się przez całe pokolenia. Zamiast różnorodnych kupców z indywidualnym charakterem, pojawiła się sieć państwowa: Miejski Handel Detaliczny, Centrala Spożywcza, Centrala Mięsna. Wieś obsługiwały Gminne Spółdzielnie „Samopomoc Chłopska”, a miasta — sieć „Społem”.
Z mojego pokoleniowego doświadczenia wynika, że pamiętamy głównie kolejki. I słusznie — to one stały się symbolem dekady lat osiemdziesiątych. Towar dzielono często na dwie partie: rano wykładano około 40% asortymentu, resztę po południu, żeby dać szansę kupującym wracającym z pracy. Pod sklepami z mięsem czy butami zawiązywały się tzw. komitety kolejkowe, które prowadziły listy społeczne i pilnowały, by nikt nie wbił się bez kolejki.
Kartki na cukier wprowadzono w 1976 roku, później dołączyły kolejne produkty — mięso, masło, mąka, kasza, mydło, proszek do prania, czekolada, papierosy, benzyna. To nie była anegdota: stan kartkowy obejmował niemal całą codzienną konsumpcję polskiej rodziny.
Krótkie wprowadzenie do listy: ówczesny system reglamentacji miał kilka warstw, które warto rozróżnić.
- Kartki żywnościowe — papierowe odcinki na konkretne produkty, ważne miesiąc; bez nich nie kupiło się mięsa nawet za gotówkę.
- Talony — wydawane w zakładach pracy uprawnienia do zakupu sprzętu RTV, AGD, pralki, motocykla czy samochodu po preferencyjnej cenie.
- Przydziały — punkty rozdzielane wśród pracowników większych zakładów; np. talon na lodówkę „Polar” mógł czekać dwa lata.
- Bony PeKaO — substytut waluty obcej, którymi można było płacić w sklepach Pewex.
- Bony Baltony — tzw. „marynarskie”, dostępne głównie dla pływających po morzach.
System ten działał chaotycznie, bo deficyt nie szedł równo. Bywało, że jednego tygodnia na półkach piętrzyły się słoje musztardy, a brakowało chleba; innego — odwrotnie. Polska gospodarka centralnie planowana nie nadążała za realną konsumpcją, a sklepowi ekspedienci stali się postaciami niemal magicznymi — to oni decydowali, kto dostanie tę ostatnią paczkę kawy „spod lady”.
Domy Towarowe Centrum — modernizm w samym sercu Warszawy
Choć kojarzymy PRL z brakami, władza dbała o efektowne wizytówki handlu. Przy stołecznej Marszałkowskiej wyrosła tzw. Ściana Wschodnia z czterema domami towarowymi: Wars, Sawa, Junior i Sezam. Pierwszy otwarty Junior celował w młodzież i miał być, jak chełpiła się prasa epoki, „piękniejszy i bardziej nowoczesny” niż paryskie Galeries Lafayette.
Wcześniej, bo już 22 lipca 1951 roku, otwarto w Warszawie Centralny Dom Towarowy przy zbiegu Brackiej i Alej Jerozolimskich — gmach zaprojektowany przez Zbigniewa Ihnatowicza i Jerzego Romańskiego, z drugimi schodami ruchomymi w stolicy i restauracją na 400 osób na dachu. To była pełna gębą architektura modernistyczna, która w epoce socrealizmu wywoływała zażarte spory ideowe. W latach 60. CDT zatrudniał około 2000 osób i był największym sklepem Warszawy.
Pożar w nocy z 20 na 21 września 1975 roku zniszczył trzy piętra budynku — przyczyną oficjalnie miało być zatarcie łożysk niewyłączonego mechanizmu schodów ruchomych. Po odbudowie zakończonej w 1977 obiekt zmienił charakter, w latach 80. funkcjonował jako Dom Towarowy „Smyk” w ramach Domów Towarowych Centrum. Marka Smyk usamodzielniła się w 2000 roku i rozrosła w sieć sklepów dla dzieci.
Domy towarowe były wówczas jedynymi miejscami w Polsce, gdzie pod jednym dachem znajdowało się tyle różnych branż — od koszuli po telewizor, od pończoch po pościel. Dziś brzmi to oczywiście, ale wtedy, gdy na osiedlu funkcjonował osobny sklep „mięsny”, „warzywny”, „nabiałowy” i „1001 drobiazgów”, taki gmach był prawdziwym objawieniem.
Pewex i Baltona — okna na Zachód
Najbardziej legendarne sklepy PRL nie sprzedawały za złotówki. Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego Pewex powstało w 1972 roku jako odpowiedź władz na chroniczny brak dewiz w gospodarce. Pomysł był prosty i cyniczny: stworzyć sieć sklepów, gdzie obywatele kupią rzeczy niedostępne nigdzie indziej, ale wyłącznie za twardą walutę — dolary, marki, funty — albo za bony PeKaO. Każdy Polak, który miał krewnego za granicą i dostawał od niego paczkę z dewizami, otrzymywał klucz do innej rzeczywistości.
W całej Polsce funkcjonowało ponad 800 sklepów Pewexu. Sprzedawano w nich coca-colę, jeansy Lewisa, gumę Donald, papierosy Marlboro, perfumy, czekoladki Ferrero, walkmany Sony, a nawet samochody. Wystarczy spojrzeć na to z dzisiejszej perspektywy — w kraju, w którym pomarańcze pojawiały się wyłącznie na święta, było to coś jak teleportacja na inną planetę.
Baltona to historia trochę inna, choć podobnej proweniencji. Spółka powstała 3 września 1946 roku i pierwotnie zajmowała się zaopatrywaniem statków pływających po Bałtyku. W 1951 roku trafiła pod nadzór Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Jej sklepy działały głównie w portach, na Okęciu i obsługiwały marynarzy, rybaków dalekomorskich, dyplomatów. Płacono tzw. bonami marynarskimi, które generowały zresztą ogromne zawirowania prawne — głośna była tzw. afera Baltony, w której maczali palce cinkciarze i handlarze dewizami.
Krótka uwaga przed tabelą: warto zestawić te dwie marki ze sobą, bo choć z pozoru bliźniacze, w istotnych szczegółach się różniły.
| Cecha | Pewex | Baltona | Sklepy „za złotówki” (Społem) |
|---|---|---|---|
| Rok powstania | 1972 | 1946 | tradycja od 1869, „Społem” jako nazwa od 1906 |
| Sposób płatności | dolary, bony PeKaO | bony marynarskie, dewizy | złotówki + kartki |
| Docelowy klient | każdy z dewizami | marynarze, rybacy, dyplomaci | cała ludność |
| Liczba placówek u szczytu | ok. 800 | kilkadziesiąt (głównie porty, lotniska) | tysiące sklepów w całej Polsce |
| Co dziś? | reaktywowany w 2013 jako sklep online z gadżetami | działa jako duty-free na lotniskach i w portach | spółdzielnie działają lokalnie |
Dane na podstawie portali Gazeta Krakowska oraz Wirtualnej Polski. Niewielu pamięta, ale charakterystyczne reklamówki z Pewexu i Baltony noszono z dumą — dopóki się nie rozpadły. Były same w sobie statusowym artefaktem.
Społem, Samopomoc Chłopska i sklep osiedlowy
Codzienne życie nie toczyło się w Pewexie. Toczyło się w „spożywczaku” — niewielkim sklepie obsługiwanym zazwyczaj przez dwie panie w fartuchach, z drewnianą ladą, wagą szalkową i wąskimi półkami, na których równo ustawiano puszki z paprykarzem szczecińskim i słoje z węgierskim ogórkiem konserwowym. Sieć „Społem” to spółdzielczy gigant, którego początki sięgają 1869 roku (warszawskie Stowarzyszenie „Merkury” i radomska „Oszczędność”). Sama nazwa „Społem” pojawiła się w 1906 roku jako tytuł czasopisma propagującego idee spółdzielcze — wymyślił ją Stefan Żeromski.
Skala sieci była imponująca. Sama Poznańska Spółdzielnia Spożywców w 1983 roku posiadała niemal 700 sklepów i zrzeszała ponad 61 tysięcy członków. „Społem” miało w PRL wręcz monopol na sprzedaż wielu poszukiwanych artykułów: Pepsi-Coli, kubańskich pomarańczy, pasty BHP. To nie były anegdoty — to były powody, dla których po Pepsi w szklanej butelce stało się czasem godzinę.
Wieś miała własną odpowiedź na sklep osiedlowy: GS „Samopomoc Chłopska”. Każda gmina prowadziła swoją spółdzielnię, sprzedając wszystko — od chleba po grabie, od pasz dla bydła po telewizor „Rubin”. Na tej samej ladzie leżały kalosze i pierniki w cukrze. W wielu miasteczkach GS przetrwał w zmienionej formie do dziś.
Krótko o tym, co najbardziej wryło się w pamięć z asortymentu epoki:
- Paprykarz szczeciński — puszka tłustej, czerwonej masy rybnej, którą można było rozsmarować na chlebie bez końca; wymyślony w latach 60. trafił do każdego sklepu kraju.
- Oranżada w proszku — żółty lub czerwony proszek w torebce, do rozpuszczenia w szklance wody; smak dzieciństwa wielu dorosłych Polaków.
- Pasta BHP — szara, gęsta substancja do mycia brudnych rąk po pracy fizycznej, sprzedawana wyłącznie przez „Społem”.
- Ptasie mleczko Wedla — luksus w pudełku, ulubiony prezent dla nauczycielki na koniec roku.
- Mleko w szklanej butelce — z folijną kapslą; codzienna rzeczywistość każdego sklepu nabiałowego.
- Kasza manna „Helena” — pakowana w papierowe pudełka z dziewczyną na rysunku.
- Margaryna „Palma” — w foliowych kostkach, główny substytut masła w czasach reglamentacji.
Większość z tych produktów wciąż żyje na rynku. Niektóre wracają jak bumerang — paprykarz, ptasie mleczko, oranżada w proszku — bo wyzwalają w nas konkretną emocję. Tę samą, która jest mocniejsza niż jakakolwiek reklama.
Co stało się z dawnymi sklepami po 1989 roku
Transformacja ustrojowa wymiotła stary handel niemal jednym ruchem. Już w 1991 roku pojawiły się pierwsze Biedronki — sieć, której dziś nie zna chyba żadne polskie dziecko poza nazwą. Społem zaczęło tracić sklepy lawinowo: poznańska spółdzielnia z prawie 700 placówek w 1983 roku spadła do 166 w 1993 i 69 w 2010. Co prawda działa do dziś, ale w roli lokalnego gracza, nie monopolisty.
Pewex zakończył działalność w latach 90., choć w 2013 roku marka została reaktywowana jako sklep internetowy oferujący gadżety w stylu PRL. Baltona przetrwała — dziś to głównie duty-free na lotniskach i w portach morskich. Dom Towarowy Braci Jabłkowskich, oddany rodzinie w latach 90., znów próbuje walczyć o swoje miejsce w handlowym pejzażu Warszawy. Domy Towarowe Centrum — Wars, Sawa, Junior — funkcjonują, choć zupełnie inaczej niż w latach 70.
W skali rocznej obrazu handlu detalicznego w Polsce 2026 dominują wielkie sieci dyskontowe (Biedronka, Lidl, Aldi), supermarkety oraz convenience’y w stylu Żabki, której tempo wzrostu od dekady jest wręcz hipnotyzujące. Stary „sklep za rogiem” praktycznie znikł — zastąpiły go franczyzowe pawilony pod logo jakiejś sieci. Bazarki, kiedyś tętniące życiem, wciąż jeszcze trzymają się w mniejszych miastach.
Coraz częściej spotykam jednak osoby, które w nowoczesnym hipermarkecie czują się obco i wracają do osiedlowego sklepiku, gdzie pani Krysia pamięta, że dziecko nie znosi rodzynek w drożdżówce. Ten typ handlu — relacyjny, prawie sąsiedzki — jest być może ostatnią pozostałością tradycji, która sięga jeszcze polskiego kupiectwa z czasów Anieli Jabłkowskiej i jej jesionowej komody.
Dlaczego dawne sklepy nadal działają na wyobraźnię
Krótkie pytanie: czy chodzi tylko o sentyment? Nie sądzę. Dawne sklepy w Polsce miały coś, czego dziś z trudem szuka się w hipermarkecie. Po pierwsze, zapach. Wnętrze sklepu kolonialnego pachniało kawą, wanilią i drewnem. Pewex pachniał gumą do żucia, perfumami i plastikiem opakowań. Społem pachniało mlekiem i pastą BHP. Każde miejsce miało swoje sygnatury aromatyczne, które dziś bezpowrotnie znikły pod foliowymi opakowaniami i sterylnym oświetleniem LED.
Po drugie, kontakt. Ekspedientka znała klientów, kupcom zależało na lojalności, a same wizyty w sklepie były formą spotkania społecznego. Stanie w kolejce, choć uciążliwe, generowało rozmowy, plotki, miejskie legendy. Po trzecie — niedostępność czyniła z każdego zakupu wydarzenie. Kupić dziecku banana w roku 1985 to było coś. Zdobyć szynkę konserwową na komunię — sukces rodzinny.
Tę emocjonalną wartość rynkowi marketerzy odkryli dopiero w XXI wieku. Stąd retrosklepy, Pewex 2.0, restauracje stylizowane na PRL-owski bar mleczny, etykiety w stylu vintage na nowych produktach. Tęsknota, jak się okazuje, sprzedaje równie dobrze co nowoczesność.
Warto pamiętać o jednej rzeczy. Idealizacja przeszłości to pułapka. Kolejka po cukier nie była romantyczna, brak butów dla dziecka też nie. Sklepy międzywojenne, choć eleganckie, nie były dostępne dla większości robotniczych rodzin. Pewex był wyspą dla nielicznych. Społem, mimo sentymentu, oznaczało często chamskie traktowanie klienta i półki pełne tego samego ogórka konserwowego.
A jednak — gdy przeglądam stare fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego, gdy widzę niebieski neon „Mięsny”, drewniane drzwi z mosiężną klamką, wagę szalkową z odważnikami — czuję coś, czego nie wzbudza żaden hipermarket. Może chodzi o to, że tam sklep był rzeczywiście częścią dzielnicy, a nie korporacyjnym węzłem logistycznym. Może o to, że za ladą stała konkretna pani, a nie kasa samoobsługowa.
Dawne sklepy w Polsce trwają w piosenkach, w literaturze (genialne „Zakupy w PRL” Aleksandry Boćkowskiej), w pamięci. Wracają jako stylizacja, jako temat festiwali nostalgii, jako bohaterzy memów. A że któregoś dnia ktoś, kto nigdy ich nie widział, znów stanie pod neonem „Społem” i poczuje ten sam zapach… cóż, to już zadanie dla architektów, marketerów i pisarzy.